Zaznacz stronę

Felicja

3 maja 2019

Gdy myślę o narodzinach mojej drugiej córki – Felicji – czuję zapach kwitnącego sadu, widzę eksplozję barw kwitnących różaneczników, czuję smak Capriciosy z pepperoncino i słyszę „Don’t make me wait” Stinga i Shaggy’iego…

Dziś mija rok od kiedy Fela jest z nami. A wcale nie było to takie oczywiste, że będzie….

 

Ciąża

 

6 lat bezskutecznych starań o drugie dziecko, intensywnego i wyczerpującego leczenia i decyzja, że mamy dosyć. I bach! Jestem w ciąży!

Ale zaraz, czy na pewno jestem? Badania krwi, testy ciążowe mówią, że tak, ale bijącego serduszka nie widać, trochę za długo, znowu…Krzyczę na Boga, żeby mi tego znowu nie robił! I stawiam na swoim. Fela jest.

Ale niepewność jest ciągle – krwawienia, hospitalizacje, immunoglobulina,”jeśli Pani donosi, to …”, ” z takimi mięśniakami to nic nie wiadomo…”, końskie dawki Luteiny, Accard (kwestionowanie leczenia Luteiną na usg połówkowym i potem), wspomnienia pierwszego porodu, ciągły strach, flashbacki  z 32 tygodnia ciąży z Julą -„Musimy zrobić teraz cięcie, bo inaczej Pani i dziecko nie przeżyjecie, a tak mamy szansę…”, badania prenatalne wskazują wady genetyczne – droższe badania nieco uspokajają.

Czuję się fatalnie, chudnę 2 pierwsze trymestry (co cieszy), gastroenterolog – „a jajek Pani nie zwraca? To przynajmniej jajka niech Pani je, tam są niezbędne składniki odżywcze”.

Żeby tylko do 3 trymestru, żeby tylko przekroczyć 28 tydzień, żeby tylko 32, podejrzenie rozejścia spojenia łonowego, ginekolog – „Nic na to nie poradzimy”, fizjoterapeutka-czarodziejka-uroginekologiczna – zaradza.

Co jeszcze może się zdarzyć? Ciągłe napięcie, zwroty akcji, niepewność.

Terapia. Bardzo pomaga. I jeszcze to: ” Zastanawiałam się czy Pani o tym powiedzieć…ale to niesamowite, że Pani do mnie trafiła! Nasze historie są tak podobne! Ja też urodziłam pierwszą córkę przedwcześnie. A drugą donosiłam. Będzie dobrze!”

 

Vbac

 

Wiedziałam, że chcę spróbować. Poza tym jak to, doula, która nie ma za sobą doświadczenia przynajmniej próby porodu naturalnego?! Doula dla mam wcześniaków tylko? Ambicja? Nie. Marzę o porodzie w ekstazie! Chcę odlecieć. Chcę poczuć, że „mam tę moc”! Chcę narodzić się jako mama, a nie tylko dać sobie wyjąć dziecko z łona, przedwcześnie, na zimno, strasznie. Chcę aby Fela miała lepszy start niż Jula. Biedna, kochana, słodka Jula…”Przeprasza Cię mamo, że musiałam wyjść za wcześnie!” Boże!

Kiedy mija magiczny 28 tydzień kontaktuję się z położnymi. Ania już jest od dawna. Bardzo szkoda, że nie mogę urodzić w domu. Wiola ma wtedy wolne i wierzy, że może się udać. Ilektra jest ostrożna. Robię plan A, B, C… Jak Wioli nie będzie, Ilektra zgadza się być. Czy Ewa się zgodzi na towarzyszenie innej bliskiej douli w porodzie? Czy to będzie ok? Tak! Ewa od dawna bardzo chciała mi towarzyszyć!

No a Kozak? Czy ja chcę rodzić z Mężem? Czy my się w tym teamie dogadamy? Czy ja się nie wkurzę, że on mnie nie rozumie bez słów? Postanawiamy spróbować.

Final countdown

 

Wszystko przygotowane. Możemy odliczać. Ale nie, zaraz, jeszcze tylko kolekcja wszystkich plag egipskich, przyniesionych z przedszkola. A już myślałam, że urodzę w pełnię na Wielkanoc. Cóż. Skręcamy dostawkę do łóżka i robimy 1001 pranie i dezynfekcję domu.

Zbliża się termin. W międzyczasie ginekolog 3 razy zmienia zdanie co do grubości blizny i bezpieczeństwa porodu naturalnego po cięciu. Na szczęście wiem jak bardzo uzależnione jest to od tego czy na wizycie jestem „grzeczną pacjentką, która nie zadaje zbyt dużo pytań, na które ginekolog nie zna odpowiedzi”. Ostatnia wizyta przed porodem, standardowe skierowanie do szpitala na 7 dni po terminie, ale zaraz, zaraz? Co my tu mamy w usg?! 2 przestrzenie płynowe, których tu wcześniej nie było…hmmm… to coś na jelitach…trzeba to koniecznie zweryfikować, skierowanie do szpitala na cito, „proszę zapomnieć o porodzie naturalnym, dziecko może mieć niedrożne jelita!”

Modlimy się rodziną:”Duchu Święty, pozwól nam podjąć teraz racjonalne decyzje. Ratuj!” Dzwonię do drF, smsuję w czym rzecz, jest szansa na nocne usg. Czekamy na potwierdzenie. Dzwonię do Wioli – czy jak teraz przyjadę do szpitala to będzie jakiś chirurg, który to oceni? Nie. Po 10 minutach Wiola oznajmia telegraficznie: „Załatwiłam Ci wizytę u jedynej perinatolog w mieście jak drF nie będzie mógł. Jadę do porodu domowego. I…zmień lekarza prowadzącego!” DrF może. Kochana Sąsiadka zostaje ze śpiącą Julą (jak wtedy gdy w nocy krwawiłam i jechaliśmy do szpitala…) a my o 23.30 mamy wizytę. „Na 90% dziecko ma torbiele jajnika, do weryfikacji po porodzie, teraz nic z tym nie robimy, jak najbardziej może Pani rodzić naturalnie!” W ustach fana cesarek to wiele znaczy. mam ochotę go ucałować w oba policzki! Kozak też! Kolejny raz w tej ciąży, której nie prowadzę u niego – ratuje nas z opresji! Tak jak wtedy, gdy uratował nam Julę…Resetuję się skacząc dzikie tańce do najnowszej płyty Stinga i Shaggy’iego. Działa.

Termin porodu 21 kwietnia mija i nic. 7 dni po terminie nie zgłaszam się na IP bo wiem, że mnie zetną. Wiem, że mogę ocenić przepływy, zrobić ktg i usg, jeśli coś będzie nie tak – zgłoszę się do szpitala. Znajome położne polecają DoktoraK – kaczki, drób, droga na Ostrołękę….Ktg super choć..”to dziecko za bardzo się rusza! No nie to w sumie nic złego? Ale za bardzo jednak!” Usg… „uuuuu jakie mięsniaki! A Pani po cięciu! Zespół HELLP w pierwszej ciąży! A Pani wie, że to nie jest małe dziecko? No 3600 na oko, ale to dziewczynka to i tak dużo. Po co Pani ten poród naturalny? Ambicja? A Mąż się zgadza? Ja z nim na osobności porozmawiam. Bo wie Pani, ja takie mięśniaki to usuwam przy cięciu. To mit, że nie wolno! Jestem doświadczonym lekarzem, pracuję w 3 placówkach! Panie, Wy przestańcie kozakować? Jak to macie tak na nazwisko!!!????

Święto sadu, terapia Bowena, akupunktura, Festiwal Kuchni Orientalnej, ‚tajemnica lakowy” – nic nie zachęca Feli do wyjścia. Pan Włoch dorzuca pepperoncino do capriciosy ‚ze specjalną dedykacją’, jadę na ktg do szpitala, wszystko super, aż zadziwiająco jak na ten wiek ciąży, Wiola raz jeszcze wylicza termin porodu – „Ty jesteś dopiero dzień po terminie!”. W usg wychodzi niezbyt korzystne ułożenie Feli…Ewa musi wyjechać, przedłużała gotowość porodową w nieskończoność, ale nikt nie brał pod uwagę majowego weekendu. Będę bez douli… Wszystkie alternatywy na opiekę nad Julą w czasie porodu biorą w łeb. Ściągamy moich Rodziców. Na szczęście mogą!

1 maja budzą mnie skurcze o 5 rano. W piżamie zbiegam do auta po torbę porodową żeby dopakować świecę do torby porodowej, robię kanapki, wchodzę do wanny, relaks. Hmm, jakoś wszystko zwalnia. Wiola daje zielone światło żeby pojechać na kucyki z Julą do Galowic. Przyjeżdżają Rodzice. Uff.

2 maja. Znowu poranne skurcze. Usiłuję przespać, nie działa. No to się pokrzątam. Jak wpadam na pomysł zrobienia sobie śniadania, skurczołamacz powala mnie na podłogę, dzwonię do Wioli, że to chyba jednak dziś…Śniadanie jem w wannie, zmuszam się, jakoś woda nie wycisza skurczy, gorąca linia z Wiolą:”Wychodź z tej wanny bo ja do domowego po cięciu nie przyjadę!” W końcu się udaje ubrać, zgarniamy Wiolę po drodze do szpitala. IP bajka. Wszystko idzie dobrze. Szybko jakoś. Parę wycieczek zwiadowczych po oddziale, drabinki i mogę wejść do wanny, jak królowa porodów! Cudowne ciepło, niech to trwa, dobrze mi. Kozak przypomina sobie, że nie wzięliśmy rosołu w termosie. Tata obiecuje przywieźć, ale zapomina wziąć ze sobą telefonu (Mama nas przezornie o tym informuje). Kozak wychodzi go szukać, a po chwili słyszę: „Dzień dobry szukam mojej córki, Joanna Kozakiewicz, własnie gdzieś tu rodzi, przyniosłem jej rosół” O jaaaaaaaaa! Wiola ratuje sytuację.

Zaczyna się robić porodowo. Nie jest fajnie. Żadna pozycja nie jest dobra. Sting już nie pomaga.Moje ciało ze mną nie współpracuje. Nie ogarniam. Boże, jak to szybko idzie, niech to zwolni, choć na moment. Kozak mi powtarza, że dam radę. Cholera! Zamień się ze mną! Wrrrrrrrr! Totalnie nic nie wiem – jak chcę urodzić, jak jest wygodniej, nic. Źle prę. Nie jak lew, nie jak Lagertha, chcę jak wojownik, a nie umiem, jejku, ciało współpracuj, nie graj przeciwko mnie, słyszysz!? „Tak to, ta dziewczyna co petycję o dom narodzin pisała” „Ruda główka” Wiedziałam, że będzie ruda. Fela wyskakuje! Nurek malutki! Jest taka pachnąca mokrym sianem. Taka cudowna!

Ale…

Łożysko nie chce wyjść. Te cholerne mięśniaki, te okropne zrosty. Wiedziałam! Podajemy oksytocyny. Nic.

I wtedy wchodzi on. Król porodówki, no-name bo „workom z ziemniakami” się nie będzie przedstawiał. „Ile to już trwa?” – pyta, nie słuchając odpowiedzi. Zakłada rękawiczki, bez słowa brutalnie naciska mój brzuch. Ból i chlust. ” O rany ile będzie sprzątania tej krwi!”Kozak krzyczy na Króla co on mi zrobił! Konsternacja. Czy worki z ziemniakami mogą się odzywać? Halo, ja nie jestem tylko kroczem człowieku, spójrz mi w twarz! „Musimy ręcznie wydobyć łożysko. Jak będzie wrośnięte to wytniemy całą macicę” „Chcę porozmawiać z moją położną”. Zanim zasypiam modlimy się. Gdy się budzę Wiola mówi: „Wszystko dobrze. Macica została”

A potem…

…następuję książkowy połóg. Mama bierze ziołowe kąpiele, różowe dziecko ssie pierś, rodzina gotuje rozgrzewające potrawy i wszyscy troszczą się o matkę, żeby ona mogła zatroszczyć się o dziecko.

Z niewielkimi wyjątkami. Fela zaczęła jeść z piersi po 4 tygodniach walki z nieprawidłowościami funkcji ssania, odciąganiem, podcinaniem wędzidełek, walką o laktację i udowadnianiem wpływu insulinooporności na ilość mleka. Na szczęście nasza wielka wioska wsparcia pomogła nam się nie poddać. I teraz nie wiem kiedy Fela się odstawi:)

Mieliśmy sporo zdrowotnych problemów z Felą, była operowana w 2 miesiącu życia. Wspomnienia szpitalne to pewnie osobny temat na wpis.

Jest pogodna, zalotna, szczęśliwa jak to Felicja.

Jej pojawienie się – noszenie jej w ciąży, poród i połóg pokazał mi zupełnie inne wymiar kobiecej mocy, niż ten, którego pragnęłam i o którym marzyłam. Ale to jest dobre.